News

Dead Island: Riptide

Udany powrót na Martwą Wyspę.

Gdyby potraktować Riptide jako pełnoprawną kontynuację polskiego przeboju sprzed dwóch lat, to grze można by było wytknąć wiele złego. Jeżeli jednak Riptide ujmiemy w kategoriach dodatku, to zobaczymy tytuł udany, szalenie wciągający i emocjonujący. Martwa wyspa. Cholernie dobrze jest ponownie tu wrócić.

Riptide opowiada dalsze losy znanych z poprzedniej gry czwórki bohaterów, którym w końcu udało się opuścić opanowaną przez zombie wyspę Banoi. Chwilowe wytchnienie od koszmaru znajdują na okręcie wojskowym, na którym poznajemy kolejnego bohatera historii, a zarazem piątą grywalną postać – Johna Morgana. Facet nie wyróżnia się jakimś arcyciekawym życiorysem, ot lubi przemoc, nie lubi zombie, a masakrowanie tych ostatnich traktuje jak dobrą zabawę. Specjalizuje się w walce wręcz. Gołymi rękoma posyła do piachu setki przeciwników, a gdy nałoży na pięści kastet lub specjalne noże (jak te, które ma bohater filmów i komiksów Wolverine), mnożnik zabitych oponentów wzrasta kilkakrotnie. Niesłychanie fajnie jest oglądać tego wariata w akcji, a jeszcze ciekawiej jest nim sterować. Gdyby Wolverine musiał się zmierzyć z zombie apokalipsą, to efekt jego działań wyglądałby właśnie tak. Krew, pot i łzy.

Dead Island Riptide 2

Okręt, który miał nas zabrać do domu, szybko zostaje opanowany przez zombie. Dramat wydarzeń potęguje szalejący sztorm, który miota statkiem, jakby ten był zrobiony z plastiku. Zabawę zaczynamy na dolnym pokładzie, skąd musimy przedrzeć się na mostek kapitański. Po tym swoistym prologu okręt wpada na skały, tracimy świadomość, zalega cisza i….

Zgłoś błąd