Battlefield Bad Company 2
Zła kompania – podejście drugie.
Adrian Kotowski 2 czerwca 2010, 10:27
Tabela faktów pokaż/ukryj
| Produkt: | Battlefield Bad Company 2 |
| Producent: | EA DICE |
| Wersja językowa: | do wyboru: pełna polska / pełna angielska |
| Data premiery na świecie: | 2 marca 2010 |
| Data premiery w Polsce: | 5 marca 2010 |
| Zalecany wiek: | 16+ |
| Wymagania sprzętowe - minimalne: | Core 2 Quad 2.3 GHz, 2 GB RAM, karta grafiki 256 MB (GeForce 7800 / ATI X1900), 10 GB HDD, Windows XP/Vista/7 |
| Wymagania sprzętowe - zalecane: | Core 2 Quad 2.3 GHz, 2 GB RAM, karta grafiki 512 MB (GeForce GTX 260 lub lepsza), 10 GB HDD, Windows XP/Vista/7 |
Kiedy w 2002 roku Electronic Arts wydało stworzoną przez firmę Digital Illusions CE (DICE) grę Battlefield 1942, mało kto spodziewał się, że tytuł ten przejdzie do historii elektronicznej rozrywki jako jedna z najbardziej innowacyjnych gier sieciowych. To właśnie wtedy po raz pierwszy otrzymaliśmy możliwość poruszania się po polu bitwy różnego rodzaju pojazdami. Potem na rynek wypuszczane były kolejne Battlefieldy, raz bardziej, raz mniej udane. Nadszedł wreszcie rok 2008 i światło dzienne ujrzała kolejna gra z serii o podtytule Bad Company, w której to po raz pierwszy wprowadzono kampanię dla jednego gracza. Dzisiaj mamy okazję przedstawić Wam kontynuację tejże gry.
Bardzo długi tutorial
Pewnie wielu z was zastanawia się, dlaczego w ten sposób nazwałem tytuł tej części artykułu. Już tłumaczę. Cały tryb single player to jeden wielki samouczek, dzięki któremu zdobywamy potrzebne umiejętności do gry w multi. I nie oznacza to wcale, że gra jest zła. Widać jednak wyraźnie, co jest w tej chwili priorytetem. Dobry tryb sieciowy przyciąga potencjalnych klientów jak magnes. Większość obecnie tworzonych gier posiadających tryb multiplayer, kampanię dla pojedynczego gracza ma dołączoną na siłę, tak żeby nie można było zarzucić, że jej nie ma. Odniosłem wrażenie, że tak samo jest z recenzowanym Battlefieldem. Niby wszystko OK, ale po skończeniu pozostaje pewien niedosyt.
Tryb dla pojedynczego gracza zaczyna się od misji o kryptonimie Aurora. Trzeba dodać, że jest to misja owiana tajemnicą, dlatego nie dysponujemy zbyt wieloma informacjami na temat tego, co mamy zrobić. Jedynym jasno nakreślonym celem jest przejęcie japońskiego naukowca, który pracował nad pewną potężną bronią. Misja ta jest swego rodzaju samouczkiem, a postaci w niej występujących nie zobaczymy już więcej.
Początkowo byłem bardzo zdziwiony tym faktem, głównie jednak z tego powodu, że nie było mi dane grać w pierwszą część Bad Company (niestety nie ukazała się na PC). Okazuje się jednak, że wydarzenia, które dzieją się podczas misji Aurora są bardzo mocno związane z głównym wątkiem całej gry. Więcej jednak nie zdradzę, żeby nie psuć Wam przyjemności z gry.
Przejdźmy jednak do tego, co w grze będziemy robić. Upływa sporo czasu od zakończenia misji Aurora. Świat ogarnięty jest wojną pomiędzy Rosją a USA. Jak to zresztą często w takich sytuacjach bywa, my stoimy po tej „dobrej” stronie (czytaj – USA). Wcielamy się w Prestona Marlowe’a, człowieka od…, no właśnie od czego? Jest to trudne pytanie. Jeśli nie graliśmy we wcześniejszego Battlefielda, nie dowiemy się o bohaterach niczego. Kilka mało istotnych informacji znajdziemy w dołączonej do gry instrukcji, ale to i tak za mało. Osoba niezaznajomiona z serią zostaje od razu rzucona na głęboką wodę.
Nasz bohater wchodzi w skład tytułowej Bad Company, a naszymi towarzyszami niedoli są Sweetwater – troszkę bojaźliwy spec od rożnego rodzaju elektroniki, Haggard – nieokrzesany, trochę szalony znawca materiałów wybuchowych oraz dowódca oddziału – sierżant Redford, człowiek, który pragnie przejść na zasłużoną emeryturę. Można rzec – wybuchowa mieszanka. Może nawet zbyt wybuchowa. Przekleństwa są tutaj tak częste, jak reklama podczas filmu na TVN-ie. Szczególnie Sweetwater, pod którego głos podkładał Cezary Pazura, jest w tej dziedzinie mistrzem. Można to jednak w jakiś sposób wytłumaczyć – autorzy gry chcieli w miarę realistycznie oddać emocje wojaków podczas stresującej walki, choć oczywiście teksty te okraszone są dużą dawką humoru. Absolutnym hitem jest scenka z przerywnika, w której to Haggard obrzuca konkretnymi wyzwiskami naszego pilota Flynna, a ten, tłumacząc się, że jest pacyfistą, odpowiada: „Też Cię kocham”.






