Egranizacje, cz. II
Czyli jak trafić z monitora do kina?
Daniel Jaśko 29 grudnia 2015, 15:09
Jak pokazaliśmy w poprzednim zestawieniu, filmy na podstawie gier, wbrew krążącej wśród graczy opinii, mogą się w niektórych przypadkach spodobać. Ciężko tu o jakieś szczególnie wybitne kino, ale jest sporo tytułów, które ogląda się całkiem przyjemnie. Nie zmienia to oczywiście faktu, że crapów też mamy do wyboru, do koloru. Ale czy to domena samych w sobie egranizacji, czy po prostu raz się obraz uda, a raz nie – bez względu na to, czy scenariusz powstał w oparciu o gotową grę, czy też od początku do końca w głowie scenarzysty? Z tą jakże zajmującą refleksją zapraszamy na drugą część cyklu o egranizacjach...
Mortal Kombat
O turniejach Mortal Kombat, jeśli nie słyszał jeszcze każdy kinoman, to na pewno słyszał już chyba każdy gracz. Pierwsza część rozwijanej do dzisiaj serii powstała w 1992 roku w czasach Amigi i Commodore64 i właściwie nie wiadomo, co przyczyniło się do tak spektakularnego sukcesu. Bijatyki nie były przecież nowym gatunkiem, a i przedstawiony świat do najgłębszych nie należał. Mroczny antybohater z Zaświatów pragnie zdobyć władzę nad ludzkimi duszami, jednak żeby mu się to powiodło, musi wygrać 10 tytułowych turniejów; i idzie mu całkiem dobrze, dopóki nie natrafia na jedną z kilku grywalnych postaci. Ot, coś tam się dzieje, ale na pewno nie jest to nic zaskakującego, szczególnie w erze niespadającej popularności Bruce’a Lee i Jackiego Chana.
W czym więc tkwił ten niepowtarzalny fenomen? Być może uwagę graczy przykuła tym razem niemała doza brutalności i niezwykle przyjemny gameplay, który oferował ogrom różnych możliwości i kombinacji w zakresie prowadzenia walki? A być może sęk tkwi w tym, wydawałoby się, nieuchwytnym klimacie? Tak czy inaczej zaprowadzenia swoistej rewolucji w branży bijatyk twórcom odmówić nie można, nawet jeśli nie było to w aż takim stopniu zamierzone. Świadczy o tym chociażby fakt, że seria doczekała się już kilkunastu odsłon, z czego ostatnia z 2015 roku dowiodła, że nowy Mortal Kombat, owszem, jest bardziej nowoczesny, ale wciąż ma w sobie tą dawną iskierkę.
Trzy lata po wydaniu pierwszej części gry (i dwa lata po wydaniu drugiej) powstała jej kinowa adaptacja, o tym samym tytule. Były to czasy, kiedy egranizacje stanowiły raczej rzadkość i dzięki temu nie miały jeszcze przypiętej metki „na pewno kaszana”. Zresztą reżyser (Paul W.S. Anderson) i scenarzysta (Kevin Droney), działający pod szyldem wytwórni New Line Cinema i Threshold Entertainment, mieli swoją koncepcję i, podobnie jak wojownicy turnieju, wyszli z tego obronną ręką. Tę minimalistyczną i mało oryginalną historię z gry dało się rozwinąć na wiele różnych sposobów i doprawdy nietrudno było nakreślić sztampową, naciąganą i nieatrakcyjną linię fabularną dla filmu. I na pierwszy rzut oka faktycznie tak to właśnie wygląda. Ale tylko na pierwszy rzut.
Shang Tsung (Cary-Hiroyuki Tagawa), ten sam antybohater, wygrał już dziewięć turniejów, a więc brakuje mu tylko jednego zwycięstwa, by zapanować nad Ziemią. Ostatnie zawody Mortal Kombat mają się odbyć pod jego pieczą na tajemniczej wyspie, gdzie czoła jego złowrogiej armii stawią trzy kultowe już teraz postaci: była policjantka Sonya Blade (Bridgette Wilson), aktor i mistrz sztuk walki Johnny Cage (Linden Ashby) oraz potomek wielkiego Kung Lao, Liu Kang (Robin Shou). W filmie pojawiają się również takie postaci jak Raiden (Christopher Lambert), Kitana (Talisa Soto), Kano (Trevor Goddard), Sub-Zero (Francois Petit) czy Scorpion (Chris Casamassa). Jeśli dodamy do tego obecność głosu Goro, to szybko zrozumiemy, że nie zapomniano o żadnej istotnej postaci z gry – a to pierwszy duży plus.
Niemniej, jak widać, fabuła wyszukana nie jest, a i kwestia takich a nie innych bohaterów była w tamtym momencie dość ryzykowna, bo, o ile dzisiaj już nie ma wątpliwości, to w 1995 roku wciąż nie były one zakodowane w społecznej świadomości i tak naprawdę nie było wiadomo, jak owe świeże spojrzenie na fantasy przyjmie się w salach kinowych. Ale przy tym wszystkim reżyser bardzo sprawnie poradził sobie z zaprezentowaniem akcji. Niby to tylko zwykła bijatyka z płytką fabułą – film, który teoretycznie nie miałby szansy przebicia się w porównaniu do wspomnianych wyżej obrazów z Brucem Lee czy Jackie Chanem. A jednak potrafił przykuć widza na te półtorej godziny i dać się zapamiętać jako naprawdę dobre kino.
Ta miałkość fabuły pozwoliła twórcom skupić się na nieustannym posuwaniu akcji do przodu i być może właśnie to sprawiło, że „Mortal Kombat” się nie nudzi ani po pierwszym, ani po drugim, ani nawet po ostatnim kwadransie. Sceny walki są zrealizowane wybornie – każdy z wojowników ma swój własny styl, kamera pracuje bez zarzutu, a i efekty specjalne są niczego sobie, nawet jak się na nie spogląda po dwudziestu latach (oczywiście strawił je ząb czasu, ale nie na tyle, żeby psuć widzowi wrażenie końcowe). Osobne słowo należy się soundtrackowi, który... robi robotę, i to konkretną. Na co dzień nie mam do czynienia z muzyką elektroniczną, ale główny motyw „Mortal Kombat” do dzisiaj poznaję po pierwszym dźwięku i słuchając go czuję, jak wypełniam się wewnętrzną mocą i energią. Na najwyższym poziomie stoi również scenografia, która gwarantuje bardzo urokliwe (oczywiście jak na dzieło w tym uniwersum) widoki i nie pozwala widzowi popaść w monotonię.
„Mortal Kombat” dokonał w 1995 roku czegoś, czego dokonać przez kolejne dwie dekady nie udało się praktycznie żadnemu reżyserowi, który podjął się próby przeniesienia gry wideo na ekran telewizora. Film nie tylko nie zbezcześcił tytułu z ówczesnych automatów, konsol i komputerów osobistych, ale wręcz uzupełnił go o nowe wątki, kolejne emocje i jeszcze mocniej odczuwalny klimat. Nie bez powodu dzieło Andersona uznawane jest do dzisiaj za jedną z najlepszych egranizacji w historii. Nie uświadczymy w niej głębokiej opowieści z tajemniczymi, wielopłaszczyznowymi intrygami, ale przecież w grze też tego nie było. To po prostu świetne kino akcji i fantasy w jednym. Polecam ten film nawet tym, którzy nie są zaznajomieni ze światem gry. A tym, którzy wiedzą o co chodzi i kto jest kim, polecam podwójnie. Na koniec warto tylko dodać, że w 1997 roku powstał sequel, „Mortal Kombat: Unicestwienie”. A czy okazał się od „jedynki” lepszy czy gorszy, to już temat na osobną dysputę...








