News

Aliens: Colonial Marines

Obcy popełnia rytualne harakiri

Stworzenie słabej gry nie jest pewnie czymś szczególnie trudnym, bo takie produkcje na rynku się ukazują i to zwykle w dość dużej liczbie. Zdarzają się też gry straszne, sprawiające, że na plecach mamy ciarki, że każdy odgłos usłyszany w oddali pobudza wszystkie nasze zmysły. Mamy w końcu Aliens: Colonial Marines – grę strasznie słabą, która straszy, ale nie w taki sposób, jak powinna…

To miał być cudowny dzień dla fanów uniwersum Obcego. Obietnice wypuszczenia najwyższej jakości produktu powstającego przez 6 lat, Gearbox, SEGA – czego chcieć więcej? Wielbiciele Obcego chyba w najgorszych snach nie śnili jednak o tym, co zobaczyli po włożeniu płyt do napędów ich konsol/ komputerów. Bynajmniej nie byli zaskoczeni genialnie poprowadzoną fabułą, świetnym gameplayem i tym charakterystycznym poczuciem zagrożenia. Nie, twórcy przygotowali nam coś lepszego – najstraszniejszą grę, z jaką miałem do czynienia od bardzo dawna. I to „najstraszniejsza” wcale nie odnosi się do strachu, żeby była jasność.

Aliens: Colonial Marines

Aliens: Colonial Marines

Aliens: Colonial Marines jest grą słabą, może nawet tragicznie słabą. To produkcja, która jest potwarzą dla serii Obcy. Studio, a właściwie studia, które brały udział w powstawaniu tego wiekopomnego dzieła, stworzyły, mówiąc wprost, totalną kaszanę. Już intro zapowiada, że dobrze raczej nie będzie – pierwszy raz od dawna widziałem tak słabo wykonane wstawki filmowe. Miało to być preludium do tego, co chwilę później nastąpiło, te kilkadziesiąt sekund miało mnie przygotować i oswoić z grafiką. Niestety, nic to nie dało. Ta gra jest obrzydliwie brzydka i naprawdę współczuję graczom konsolowym tego, że oni mają jeszcze gorsze tekstury/ oświetlenie/ wszystko.

Aliens: Colonial Marines

Nic to jednak – pomyślałem. Dobre gry nie muszą mieć przecież dobrej grafiki. Ale już pierwsza wymiana ognia uświadomiła mi, że to nie będzie dobra gra, że fabuły się tutaj spodziewać nie powinienem i błędem byłoby liczenie na cokolwiek więcej niż prosty schemat amerykańskiego niskobudżetowego filmu akcji. Wcielamy się niezwykle bezbarwną i wypraną z uczuć postać, kaprala Christophera Wintera, który wraz z oddziałem marines przylatuje na ratunek załodze USS Sulaco, z którego to statku nadano sygnał SOS. Szybko okazuje się, że właściwie nie ma czego ratować, a my musimy zmierzyć się z ogromną liczbą ksenomorfów oraz przedstawicielami korporacji Weyland-Yutani, bardzo lubiącej naszych milusińskich obcych. Po przydługawym samouczku i kilku nudnych momentach przenosimy się w końcu na księżyc Acheron, który dziwnym zbiegiem okoliczności ma się wyjątkowo dobrze. Twórcy pokpili wręcz niesamowicie to, co działo się w częściach drugiej i trzeciej – ogromny wybuch na Archeronie zaprezentowany w Decydującym Starciu w żaden sposób nie wpłynął na jego wygląd. Co jeszcze gorsze, w grze spotkamy kaprala Hicksa , który w trzeciej części Obcego… został skremowany. Brawa dla twórców za znajomość uniwersum…

Aliens: Colonial Marines

Winter ma swoją niewielką drużynę, która w założeniach ma nam pomagać w walce – Petera O'Neala i jego (tak jakby) dziewczynę, Bellę Clarison. Nasza trójka dobrała się idealnie, wszyscy są równie bezbarwni, jak główny bohater. To postaci, z którymi nie można się zżyć, nic nas nie obchodzą, zresztą nawet nie ma szans na ich poznanie, bo cała gra polega na wyżynaniu w pień setek ksenomorfów. SETEK! Ta gra to niekończąca się rzeźnia obcych i – o zgrozo – ludzi pracujących dla korporacji Weyland-Yutani. Chwile grozy, gdzie naprawdę jest „klimacik”, gdzie Aliens: Colonial Marines w ogóle oddziałuje na nasze emocje, można policzyć na placach jednej ręki, a konkretnie – jest jeden taki moment w całej grze. Tak, w grze o obcych, tych OBCYCH, jest tylko jeden moment, gdzie tętno przyspiesza. Klimat psują już całkowicie nasi bardziej ludzcy oponenci. Po co w grze o dźwięcznie brzmiącej nazwie Aliens: Colonial Marines tylu ludzi? Gearbox, dlaczego?

Aliens: Colonial Marines

Ksenomorfy i pracowników Weyland-Yutani (eh…) zabijamy oczywiście przy pomocy broni palnej. Tutaj dochodzimy do największego problemu związanego z bohaterem naszej dzisiejszej recenzji – strzela się katastrofalnie, zaimplementowana fizyka oddawania strzałów jest tragiczna. Już pierwsze chwile z karabinem pulsacyjnym dały mi wiele do myślenia – strzela się jakby z plastikowego podłużnego kartonu. Gracz otrzymuje do dyspozycji aż 9 broni i świetny (co dziwne, w tej grze jest element, do którego to wyrażenie pasuje) system ich konfiguracji. Wszystkie pukawki są dostępne podczas każdej misji, nasz protagonista nosi je wszystkie ze sobą. Od czasu do czasu natrafimy na broń legendarną, znaną z uniwersum Obcego. Po co nam jednak ta broń, skoro grę można po prostu przebiec. Tak, nie żartuję – AI naszych przeciwników jest mniej więcej na poziomie kamienia lub innej płyty chodnikowej, więc możemy sobie po prostu przebiec od jednego checkpointa do drugiego.

Aliens: Colonial Marines

Wisienkami na torcie trybu singleplayer są bugi oraz genialny inaczej finał gry, który w dobrej produkcji zdecydowanie przełożyłby się na niższą ocenę, ale że gra Gearbox dobra nie jest, to idealnie wpisuje się w nijakość tego… „czegoś”. Błędów są niezliczone ilości: przenikanie tekstur, klinowanie się naszych towarzyszy, lewitowanie, tragiczny hitbox, wykrywanie kolizji. Ta gra to istny „bugfest”, któryś z twórców przyznał, że usunięto tylko takie, które uniemożliwiały ukończenie gry. Resztę pozostawiono, ale cieszmy się, że możemy w ogóle ukończyć produkcję…

Aliens: Colonial Marines

Aliens: Colonial Marines

O warstwie graficznej już delikatnie napomknąłem, ale warta jest tego, by poznęcać się nad nią jeszcze trochę. Jak pisałem – grafika jest tragiczna. Silnik wygląda, jakby pamiętał produkcje z 2005 roku, choć wydaje mi się, że i wtedy wychodziły ładniejsze gry. Pomijając wspomniane wcześniej tekstury wątpliwej jakości, twórcy bardzo specyficznie podeszli do całej gamy efektów wizualnych. Pisząc „specyficznie” mam na myśli fakt, że po prostu je usunęli. Żałosny antyaliasing mogę jeszcze przeżyć (w końcu mogę go wymusić w sterowniku karty), ale to, co zrobiono z dynamicznym oświetleniem czy efektami cząstkowymi, woła o pomstę do nieba. Jeśli ktoś z Was lubi pośmiać się z efektów specjalnych w niskobudżetowych filmach, to może śmiało kupować ACM – ubaw po pachy.

Aliens: Colonial Marines

O wiele lepiej jest z warstwą audio, choć o to akurat nie było trudno – wszak aktorzy podkładający głos pod Bishopa i Hicksa zbyt dużo mówić nie musieli, a to, co z ich ust się już wydostało, dość mocno podniosło ocenę tego aspektu gry. Dźwięki otoczenia są niczego sobie, choć nie wpływają jakoś specjalnie na naszą podświadomość. Charakterystyczne pikanie czujnika ruchu już nie budzi przerażenia. Całość wygląda w miarę dobrze, jak na tak słabą produkcję.

Aliens: Colonial Marines

Aliens: Colonial Marines

Doszliśmy wreszcie do jednego naprawdę fajnego i dopracowanego elementu gry – rozgrywki wieloosobowej. Ta dzieli się na kilka części, z których możemy wyróżnić przede wszystkim tryb kooperacji (jakby ktoś chciał katować się fabułą znaną z singla tylko w towarzystwie znajomych) oraz bardziej standardowe tryby multi, np. team deathmatch. O dziwo w tych ostatnich wszystko trzyma się kupy i jedynym mankamentem, który twórcy będą musieli wyeliminować, jest prędkość poruszania się ksenomorfów – grając obcymi możemy mieć ogromny problem z dojściem do dzielnych marines. Gra z ludźmi, których inteligencja bije na głowę to, co prezentują sobą boty w kampanii singleplayerowej, jest w miarę przyjemna, choć też nie nadzwyczajna. Na rynku jest cała masa gier, które zapewniają zdecydowanie lepsze odczucia towarzyszące wymianie ognia z żywymi oponentami. Dla samego trybu multi nie ma więc za bardzo sensu polecać nowych Obcych.

Aliens: Colonial Marines

Podsumowanie

W sumie całej tej gry nie ma sensu polecać komukolwiek. Aliens: Colonial Marines to perfidne żerowanie na marce, na fanach Obcego, niszczenie tego uniwersum. Produkt wydany przez SEGĘ wygląda jak niskobudżetówka dodawana do gazet za 9,99 zł. Obecna cena nie jest usprawiedliwiona dosłownie niczym – ACM, zamiast dobrej rozrywki, oferuje głównie festiwal błędów, irytującą rozgrywkę, uczucie towarzyszące strzelaniu znane ze starych shooterów z lat 90., idiotyczną fabułę, tragiczne wręcz zaniedbania twórców dotyczące spójności uniwersum oraz totalnie bezpłciowych bohaterów.

Jeśli lubicie elementy, które wymieniłem, z pewnością możecie już lecieć do najbliższego sklepu po pudełko z milutką twarzyczką obcego. Jeśli natomiast nie lubicie chałtury (jesteście normalni), to nawet kijem nie ruszajcie tej gry. Dobry multiplayer nie uratuje tego produktu, którego łatanie zajmie pewnie drugie tyle, co proces developmentu samej gry. Aż dziw bierze, że SEGA ma plan wypuszczenia na rynek DLC do bohatera naszej dzisiejszej recenzji. Premiera ACM może mieć jednak pozytywne efekty – ludzie w końcu przestaną wierzyć w zapewnienia marketingowców i poczekają z zakupem kolejnej gry na premierę. Wtopienie niemałej kwotę w preorder słabej gry nie jest, według mnie, najmądrzejszym posunięciem. Aliens: Colonial Marines otrzymuje ode mnie w pełni zasłużone 2/10 i nie polecam tego nikomu, nawet wrogowi.

Plusy Minusy Ocena końcowa
  • przyjemny myltiplayer
  • modyfikowanie broni
  • polska lokalizacja (dzięki CDP!)
  • znośna warstwa audio
  • głupia fabuła
  • gra nie straszy
  • jako shooter gra w ogóle się nie sprawdza
  • feeling strzelania na poziomie oddawania strzałów z kartonowego pudełka
  • błędy logiczne
  • masa (!) bugów
  • tragiczna oprawa graficzna
  • debilizm sterowanych przez komputer oponentów
  • bezpłciowi bohaterowie
  • źle rozstawione checkpointy
  • blokowanie się towarzyszy
  • ilość opcji graficznych w menu gry
  • perfidne żerowanie na marce Obcego
  • zdecydowanie zbyt wysoka cena
20%
Zgłoś błąd