DiRT Showdown
Amatorska ostra jazda
Jacek Chlewicki 29 listopada 2012, 09:50
Ekipa ze studia Codemasters miała przed sobą trudne zadanie stworzenia wyścigówki, która poziomem dorównałaby trzeciej części znakomicie przyjętego przez graczy Dirta. Niestety, Mistrzowie Kodu tym razem nie sprostali zadaniu i w swoich klimatyzowanych biurach popełnili produkcję, która przegrywa rywalizację nie tylko z trzecim Dirtem, ale także z innymi wyścigówkami.
Ta część DiRTa, w odróżnieniu od poprzednich tytułów z serii, proponuje nam wyścigi rozgrywające się na zamkniętych torach, przy akompaniamencie ryków publiczności, eksplozji płomieni i fruwających w powietrzu różnokolorowych confetti. Jest więc efektownie, zarówno na torze, jak i poza nim. Niestety producenci poskąpili nam choćby szczątkowej fabuły. Naszym zadaniem jest po prostu wygrywanie kolejnych wyścigów, startowanie w coraz bardziej prestiżowych zawodach i kupowanie nowych aut. To w trybie, który możemy nazwać karierą. Drugi tryb pozwala nam na swobodna jazdę po lokacjach, które musimy ogołocić z wszelkiego rodzaju wyzwań i bonusów. Dwa tryby to zdecydowanie za mało, zwłaszcza że bardzo szybko się nudzą.
Model jazdy w najnowszym DiRT: Showdown to zdecydowany zwrot w stronę hardkorowego arcade. Różnica między jazdą na wprost a jazdą po zakrętach jest mniej więcej taka, że w tym drugim wypadku trzeba przechylić drążek w prawo i lekko nacisnąć hamulec. Pokonywanie zakrętów przy grubo ponad setce na liczniku jest tutaj dziecinnie proste. Ten zręcznościowy styl jazdy może wydawać się absurdalny, ale chyba właśnie takie było założenie twórców. Z drugiej jednak strony nie trzeba martwić się o realistyczną fizykę, uważne wchodzenie w zakręty oraz inne dziwne rzeczy, bo wystarczy tylko wciskać pedał gazu, używać nitro i zwracać uwagę na innych kierowców, którzy bardzo lubią spychać nas z trasy, co jest szczególnie denerwujące, gdy do mety jest kilkanaście metrów, a my musimy jechać na wstecznym, bo wyrżnęliśmy w barierkę.



