007 Legends
Bond wstrząśnięty i zmieszany.
Jacek Chlewicki 19 listopada 2012, 08:20
James Bond jakoś nie ma szczęścia do gier komputerowych. Najlepszy agent Jej Królewskiej Mości pojawił się w wielu produkcjach, ale tylko w kilka z nich można było grać bez specjalnego krzywienia się na twarzy. Jak więc poradzili sobie panowie z Eurocomu?
Nazywam się... yyy...
Gra powstała w ramach uczczenia pięćdziesięciolecia istnienia filmowego Bonda, więc tym bardziej szkoda, że ostateczny efekt jest daleki od zamierzonego. Twórcy bardzo dobrego GoldenEye'a 007: Reloaded, firma Eurocom, nie spełnili oczekiwań i zaserwowali nam Bonda, w którym tak naprawdę jest niewiele z agenta 007.
Autorzy mieli ciekawy pomysł, bo postanowili odwzorować misje z pięciu różnych filmów, w których podziwialiśmy pięciu różnych aktorów wcielających się w rolę James’a Bonda. Mamy więc etapy, w których musimy powstrzymać złotowłosego Goldfingera, bardzo złego Hugo Draxa oraz innych antagonistów, których fani tematu powinni łatwo rozpoznać. Przyznaję, pewną przyjemność może dawać przechodzenie misji, których przebieg doskonale znamy z filmów, zwłaszcz, jeżeli ktoś oglądał takiego Moonrakera sto pięćdziesiąt osiem razy. Szkoda tylko, że autorom zupełnie nie udało się uchwycić bondowskiego klimatu, przez co chwilami zapominamy, że sterujemy facetem, który pije wstrząśnięte, ale niezmieszane. Klimatu nie ratują przerywniki filmowe, które są brzydkie oraz nudne, a ich jedyną zaletą jest to, że jest ich stosunkowo niewiele.
Każdy film to jeden rozdział podzielony na dwa etapy, których ukończenie może zająć pół godziny lub dosłownie cztery minuty. W efekcie całą grę można bez specjalnej zadyszki przejść w zaledwie jeden dzień. Przez ten czas strzelamy, czaimy się za plecami strażników, jeździmy samochodem, a nawet zjeżdżamy na nartach. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie raziło taką czerstwością. I wcale nie przesadzam. Chwilami miałem wrażenie, że oto przeniosłem się do tych czasów, kiedy królowało pierwsze PlayStation, każdy szanujący się nastolatek czytał Bravo, a w telewizji leciała Doktor Quinn. Lokacje są małe, a ich przechodzenie przypomina spacer wąskim korytarzem. Krawężniki, barierki i skrzynie stanowią dla Bonda przeszkodę nie do pokonania, dlatego możemy iść tylko tam, gdzie życzą sobie tego twórcy. Nie muszę chyba dodawać, że jest to bardzo frustrujące?




