Divinity: Dragon Commander
Wrażenia z wersji beta.
Adrian Kotowski 30 lipca 2013, 19:20
Nowe Divinity nie jest grą RPG i nawet obok tej gry nie leżało. Nie jest to zarzut, a ostrzeżenie dla fanów, by nie nastawiali się na powrót do świata znanego z poprzednich części serii. Dragon Commander to miszmasz kilku gatunków, co zarówno przyciąga jak i odrzuca od tej produkcji. Szczęśliwie dla niej, wygląda na to, że jednak bardziej przyciąga.
Wersje beta mają to do siebie, że gry często są strasznie zabugowane i sama rozgrywka nie oddaje realiów tego, co zobaczymy w końcowym produkcie. W przypadku Divinity Dragon Commander jest inaczej – produkt w tej fazie wygląda na wyjątkowo dopieszczony, dzięki czemu nie rzuciłem go od razu po włączeniu. Od razu przeszedłem do trybu kampanii, ustawiłem poziom trudności na wysoki, czyli tak jak w większości tego typu produkcji i... już po chwili oglądałem film z piękną animacją mojej przegranej. Dragon Commander nauczył mnie pokory, co chyba dobrze wróży wyglądowi końcowego produktu, ale z drugiej strony może nieco odpychać mniej zaawansowanych użytkowników.
Gra łączy w sobie wiele gatunków i jest to nawet ciekawa koncepcja, choć odniosłem wrażenie, że parę rzeczy jest wciśniętych tam perfidnie na siłę. Nasze oddziały przesuwamy na mapie taktycznej tak jak choćby w grze Shogun Total War. Mamy swego rodzaju prowincje, których zdobycie zapewnia nam wymierne korzyści w postaci złota, ludności czy punktów wiedzy. Do potyczek dochodzi, gdy najdziemy zajęty przez wroga obszar, na którym znajduje się jakakolwiek jego jednostka. Niektóre obszary tracimy/zdobywamy od razu po pojawieniu się na danym polu wrogiej/naszej jednostki. Gdy już jednak musimy się bić, mamy wybór, w jaki sposób chcemy to zrobić. Bitwa może rozgrywać się automatycznie, nawet bez wyświetlenia pola walki lub być w pełni kontrolowana przez nas samych.
Ta druga opcja niestety jest... dużo mniej sensowna niż pierwsza. Nie wiem, czy wynika to ze słabego balansu, czy po prostu twórcy stwierdzili, że tak to ma wyglądać, ale wróg często rozwija się nienaturalnie szybko, a my musimy się częściej bronić, niż atakować. I nie chodzi mi tu o sytuację, gdy on naciera na nas z przeważającymi siłami, ale o taką, gdy według gry jest mniej więcej 50:50. Atrakcją miało być latanie samym smokiem i początkowo taką atrakcją jest, ale po dłuższej chwili walka nim po prostu nuży. Częściej więc korzystałem z trybu auto niż samodzielnego prowadzenia bitwy, bo tak jest wygodniej.
Gra posiada bardzo ciekawe menu, wzorowane na tym ze Starcraft 2. Na naszym statku znajdziemy kilka pomieszczeń, w nich zależnie od misji różne osoby, z którymi możemy pogadać. Dyplomacja jest całkiem ciekawa, ale autorzy wprowadzili do gry czasem wręcz niepotrzebne elementy – jesteśmy przyszłym władcą, człowiekiem-smokiem, a zajmujemy się totalnymi pierdołami w stylu małżeństwa homoseksualne, eutanazja, cenzura prasy czy legalizacja lekkich narkotyków. Choć większość wyborów jest całkiem dobrze przemyślanych, to te i kilka innych średnio pasują do gry, w której obserwujemy fantastyczny, ale jednak konflikt zbrojny.
Z innych rzeczy, które rzuciły mi się w oczy muszę wspomnieć o całkiem ciekawych generałach – tutaj widać jakieś powiązanie twórców z grami RPG, bo postaci te są bardzo złożone, mają swój charakter i przekonania. Gra jest spolonizowana kinowo, ale nadal wiele elementów jest tylko po angielsku. Co więcej znalazłem kilka baboli w tłumaczeniu – miejmy nadzieję, że zostaną wyeliminowane w ostatecznej wersji gry.
Pod względem graficznym jest i ładnie, i średnio – ładnie, gdy przemieszczamy się po naszym statku. Średnio, gdy walczymy podczas normalnej bitwy. Inna sprawa, że i tak najlepiej oddalić wtedy maksymalnie widok, by mieć lepsze pole widzenia, więc nie powinno to Wam przeszkadzać.
Wielkiego sukcesu tej grze nie wróżę, ale nie dlatego, że jest słaba (bo nie jest), a dlatego, że twórcy delikatnie przekombinowali ze złożonością i mechaniką rozgrywki. Miszmasz gatunków jest fajny, ale powinien być widoczny jakiś umiar. Tutaj tego umiaru nie widzę. Inna sprawa, że dla samej fabuły i wyborów jednak warto przysiąść do Divinity Dragon Commander, bo to całkiem satysfakcjonujący TTS-RTS-action-card game (chyba niczego nie pominąłem) i można spędzić przy nim naprawdę miłe chwile. Tym bardziej, że cena jak za tytuł mogący nas przyciągnąć na kilkadziesiąt godzin nie jest wysoka.
Jako bonus załączamy video z rozgrywki:








