Test konsoli Nintendo Dual Screen
Albert Krajewski 22 kwietnia 2006, 01:21
PC Centre to nie tylko serwis poświęcony maniakom komputerowym. Staramy się zahaczać także o różne dziedziny elektronicznej rozrywki. Dzisiaj przedstawiamy wam Drodzy Czytelnicy test przenośnej konsoli Nintendo Dual Screen. Czy japoński magnat sprzętu konsolowego dokona rewolucyjnych przemian na poletku konsolowym? Tego dowiecie się z tekstu. Zapraszamy do lektury!
Mamy XXI wiek. Świat ogarnęła mania pogoni za jak najdoskonalszym przedstawieniem środowiska wirtualnego. Archaiczna grafika zaczęła znikać ze świata gier na dobre, nawet konsole przenośne nieśmiało przygotowują się na ofensywę trzeciego wymiaru. Tylko gry na tym ucierpiały. Nagle cała głębia i magia, jaka towarzyszyła starszym produkcjom, gdzieś prysła, magnaci elektronicznej rozrywki rozpoczęli serwowanie jedynie sprawdzonych schematów na grę. Branża konsolowa zmierza w kierunku ślepego zaułka – niedługo stanie i nie ruszy się do przodu, będzie mogła jedynie się cofać. Co więc począć? Zbawczą rękę wyciągnęło Nintendo. Ta stara firma, która stworzyła Nintendo Entertainment System (NES) oraz kultowych Braci Mario, doskonale wie, jak trafić w gusta graczy. No bo kto inny potrafi sprzedawać gry-taśmociągi w tak subtelny sposób? Nintendo zdaje sobie sprawę z tego, że trzeba ożywić rynek wprowadzając nowe standardy rozgrywki. Udowadnia, że grafika to nie wszystko. Oto przed wami Nintendo DualScreen (DS), najbardziej zakręcony i najambitniejszy pomysł końca roku 2004. Ambicje i superlatywy swoją drogą, jak DS sprawdza się w praktyce? Zapraszam do lektury.
Rzućmy okiem na to, co zaoferowało nam Ninny...
Testy zostały oparte na amerykańskiej wersji konsoli, którą zakupiono w grudniu 2004. W małym pudełku (wielkością przypominającym te od telefonów komórkowych) znajdujemy instrukcję, kartę rejestracyjną, dwa rodzaje stylusów (rysików – o tym później), ładowarkę oraz demo-wersję gry Metroid Prime: Hunters (dołączone jedynie do specjalnych zestawów) oraz oczywiście konsolę.
Po lekkim dreszczyku emocji towarzyszącym otwieraniu pudełka, czas wziąć sprzęt do ręki. Konsola niczym GameBoy Advance SP posiada zamykaną klapkę, od poprzednika jest prawie dwa razy szersza i cięższa. Po rozłożeniu DS w oczy natychmiast rzucają się dwa wyświetlacze LCD (zgodnie z nazwą DualScreen) – jeden na wewnętrznej stronie otwieranej klapki jak w GBA SP, zaś drugi, dotykowy, niczym w pierwszej wersji GBA, na korpusie.
Dobra kontrola to podstawa – do panowania nad grami Big N oddało nam d-pad plus sześć przycisków akcji (w tym dwa spusty) oraz standardowo przyciski Start i Select. Nowością jest przycisk Power służący do uruchamiania konsoli, zastępujący dźwigienkę znaną z poprzednich przenośnych produkcji Ninny. Odpowiednia wysokość przycisków zapewnia komfort przy ich używaniu, a jedynym minusem jest rozłożenie przycisków A, B, X, Y. Są one za blisko siebie, co może sprawiać trudności ludziom posiadającym grube palce.
Obudowa konsoli jest solidna. Dzięki możliwości składania, doskonale chroni obydwa wyświetlacze. Niestety, jej charakterystyczny kształt sprzyja rysowaniu wierzchniej strony konsoli. Mieszane uczucia pozostawia jedynie mocowanie górnego ekranu – naturalnie przez swoją konstrukcję stanowi część łatwą do odłamania.
Wyświetlacze, ich możliwości i jakość
Pod znakiem zapytania stanęły wyświetlacze – wiemy, że te znane z GameBoy’a Advance wcale nie prezentowały się zbyt okazale. Były ciemne, odrzucały złym kontrastem. Na szczęście tym razem koncern postarał się o podzespoły z wyższej półki. Obydwa wyświetlacze są bardzo jasne, wyraźne i ostre, dobrze oddają kolorystykę, aż nie chce się odrywać od nich oczu.
Ekran dotykowy okazał się strzałem w dziesiątkę, dzięki niemu granie w FPP (np. Metroid Prime: Hunters) sprawia samą przyjemność. Taki sposób kontroli okazuje się równie nowatorski także przy grach strategicznych (ukazał się Age of Empires, a w drodze jest Disciples II – to doskonale świadczy o możliwościach DualScreena). Dzięki magicznym właściwościom touchscreena, gry nabierają nowych barw. Głaskanie psa w Nintendogs potrafi stworzyć prawdziwą więź między właścicielem a wirtualnym pupilem! Przyznam szczerze, że owy patent najnormalniej w świecie mnie olśnił.
Niestety, wszystko ma swoje minusy – od używania rysika wyświetlacz najnormalniej w świecie rysuje się, więc niemal obowiązkowe jest zakupienie folii ochronnej. Innym problemem są bad/hot pixele – w wersji, którą miałem przyjemność testować, pojawił się tylko jeden bad pixel, na szczęście nie okazał się nadmiernie uciążliwy.
Jak już wspomniałem wcześniej, do konsoli dołączone są dwa rysiki, są to małe plastikowe patyczki ze specjalną końcówką, które kształtem przypominają długopis. To właśnie stylus (rysik) służy do operowania touchscreenem. Po skończonej zabawie należy umieścić go w odpowiedniej kieszeni znajdującej się z tyłu konsoli.






