Historia serii Max Payne
Od zera do bohatera
Mateusz Stanisławski 23 kwietnia 2009, 16:19
Chyba każdy kojarzy efekt bullet time. Sceny, podczas których czas zwalnia, a heros likwiduje w efektowny sposób oponentów i bez problemu unika wystrzelonych przez nich pocisków, pojawiły się niejednokrotnie w filmach sensacyjnych, między innymi w „Matrixie” braci Wachowskich. Ale czy każdy wie, w jakiej grze spowolnienie akcji ujrzało światło dzienne po raz pierwszy?
Oczywiście w produkcji fińskiego studia Remedy pod tytułem Max Payne (*), która dzięki wspomnianemu efektowi zdobyła ogromną popularność (**). Bullet time wprowadził do gatunku powiew świeżości i zwiększył przyjemność płynącą z likwidowania „niemilców” (nawet dzisiaj jest on bardzo często implementowany do tytułów komputerowych). Ale czy tylko za sprawą zjawiskowego spowolnienia czasu produkcje z serii Max Payne można nazwać kultowymi? Przyjrzyjmy się historii tego cyklu, wszak okazja ku temu jest niemała – niedawno zapowiedziano trzecią część przygód najpopularniejszego nowojorskiego gliniarza, a w lipcu minie osiem lat od jego debiutu na ekranach monitorów.
Max Payne – zaczynamy taniec śmierci
Max Payne to strzelanina z widokiem z trzeciej osoby, co oznacza, że podczas gry widzimy całą sylwetkę głównego bohatera. W 2001 roku, kiedy produkcja studia Remedy ujrzała światło dzienne, twórcy tytułów akcji coraz częściej odchodzili od tego rodzaju perspektywy na rzecz tej z oczu sterowanej postaci. Jednak w przypadku Maxa Payne’a kamera usytuowana za plecami herosa doskonale sprawdziła się – choćby dlatego, że mogliśmy podziwiać efektowne skoki Maxa w zwolnionym tempie.
Fabuła gry opowiada o losach tytułowego bohatera, któremu w brutalny sposób zabito żonę i dziecko. Szybko wychodzi na jaw, że mordercami rodziny Payne’a były osoby pod wpływem nowego narkotyku o nazwie Valkyr. Max, pozbawiając życia dilerów, szmuglerów i innych łajdaków rozprowadzających zakazany towar, postanawia na własną rękę usunąć z ulic morderczy środek odurzający i znaleźć osoby odpowiedzialne za zabicie jego rodziny. Jak się okaże, w produkcję śmiercionośnego specyfiku zamieszane są największe szychy w Nowym Jorku.
Fabuła jest generalnie prosta i nie zachwyca wielowątkowością, ale dzięki między innymi ciekawie zrealizowanym przerywnikom filmowym (wykonanym w formie komiksu) i świetnemu klimatowi potrafi wciągnąć – tym bardziej, że zwrotów akcji jest niemało, a czarnych charakterów przybywa wraz z przechodzeniem kolejnych etapów. O odpowiedni nastrój dbają między innymi halucynacje tytułowego bohatera oraz liczne materiały o jego wybrykach, które serwowane są na ogół przez stacje telewizyjne i rozgłośnie radiowe. Niby drobnostki, a kapitalnie budują atmosferę.
Max Payne oferuje dość długą kampanię (w sumie należy przejść około dwadzieścia misji zgrupowanych w trzy akty), ale trudno zaprzeczyć stwierdzeniu, że jest ona totalnie liniowa (nawet jak na tytuł z początku XXI wieku). Trzeba również przyznać, że gra, poza efektem bullet time, tak naprawdę nic nie wprowadziła do swojego gatunku – gdyby nie sztuczka ze spowolnieniem czasu, produkcja studia Remedy najprawdopodobniej nie osiągnęłaby tak wielkiego sukcesu i dość szybko zostałaby zapomniana przez fanów wirtualnych wymian ognia. Sztuczna inteligencja oponentów nie powala na kolana, arsenał nie jest szczególnie zróżnicowany, a pod koniec kampanii powtarzalność rozgrywki coraz bardziej denerwuje.
Na szczęście Max Payne świetnie wygląda i brzmi (jak na tytuł z początku obecnego wieku). Pierwsza odsłona cyklu działa na silniku MAX-FX, który potrafi generować wysokiej jakości grafikę i porządną fizykę. W 2001 roku szczegółowe animacje, dokładne tekstury i liczne efekty graficzne towarzyszące wybuchom robiły niemałe wrażenie – a gdy na „zaloty” Maxa dodatkowo reagowały elementy otoczenia, trudno było nie wpaść w zachwyt. Ja jednak z „jedynki” zapamiętałem przede wszystkim znakomitą ścieżkę dźwiękową. Mroczny motyw muzyczny w menu chyba na zawsze pozostanie w mej pamięci...
Omawiając sferę audio, warto nadmienić, iż pierwsza część serii jest w całości zlokalizowana – czytamy przetłumaczone nasz język napisy oraz słuchamy rodzimych aktorów. W postać tytułowego bohatera wcielił Radosław Pazura. Rzeczony lektor może nie jest wybitnym i doświadczonym dubbingowcem, ale jako Max Payne spisał się nader dobrze – jego głos świetnie pasuje do postaci nowojorskiego policjanta. Również pozostałym lektorom nie można wiele zarzucić.
Niestety wysokiej jakości oprawa audiowizualna wymagała w 2001 roku wydajnego sprzętu. By móc zobaczyć grę w pełnej krasie, potrzebny był komputer wyposażony w najnowsze wówczas komponenty. Na szczęście twórcy umożliwili wyłączenie znacznej ilości efektów graficznych, dzięki czemu również gracze ze starszym sprzętem mogli poznać intrygującą historię nowojorskiego gliniarza.





