Darkest of Days
FPS nie na czasie
Mateusz Stanisławski 12 sierpnia 2010, 19:09
Tabela faktów pokaż/ukryj
| Produkt: | Darkest of Days |
| Producent: | 8Monkey Labs |
| Dystrybutor w Polsce: | City Interactive |
| Wersja językowa: | polska (kinowa) |
| Data premiery na świecie: | 8 wrzesień 2009 |
| Data premiery w Polsce: | 1 kwiecień 2010 |
| Zalecany wiek: | 16+ |
| Wymagania sprzętowe - minimalne: | procesor Intel Pentium IV (2 GHz) lub odpowiednik, 768 MB RAM, karta graficzna zgodna z DirectX 9.0c (GeForce 6600 lub odpowiednik), 5 GB wolnego miejsca na HDD |
Frenetyczna akcja, napastliwi bossowie, duża liczba sposobów na uśmiercenie adwersarzy oraz solidna oprawa – to najczęściej wymieniane zalety Clive Barker’s Jerycho. Mnie w dziele ekipy zrzeszonej pod szyldem Merkury Steam najbardziej spodobał się jednak koncept fabularny, dzięki któremu gracz, cyklicznie cofając się w czasie, mógł stawić czoło czupurnym łobuzom z prawie każdej epoki historycznej. Gdy dowiedziałem się, że powstaje FPS, który zaserwuje historię podobną do tej w hicie z 2007 roku, z radości prawie wyskoczyłem z kapci.
Szkopuł w tym, że przed premierą recenzowanego tytułu jeno rzeczona warstwa fabularna zapowiadała się nieprzeciętnie. Liche trailery, zwiotczałe materiały na targach E3 i fakt, że Darkest of Days to debiutancka produkcja niedoświadczonego studia 8Monkey Labs, nie napawały nader wielkim optymizmem, jeśli idzie o to, co najważniejsze – dopracowane i przemyślane mechanizmy rządzące rozgrywką. Sztampowy FPS, który w najlepszym przypadku zasługuje na sflaczałego piątaka, czy może produkcja, z którą powinny się liczyć wysokobudżetowe hity?
Od czasu do czasu coś trzeba zmienić w czasie
Zacznijmy od tego, co najlepsze, czyli – jak zapewne się domyślacie – zaserwowanej historii. Rok 1876, okolice Little Bighorn. Wcielając się w niejakiego Alexandra Morrisa, bierzemy udział w bodaj najsłynniejszej bitwie pomiędzy Amerykanami a Indianami. W trybie ekspresowym przenosimy się na główny teren potyczki, jeszcze szybciej dostajemy rewolwer, za pomocą którego uśmiercamy jeżdżących na koniach w tę i nazad rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej. Mord nie trwa zbyt długo, bo skrypt – w postaci indiańskich strzał – najpierw rani naszego herosa, a kilka chwil później pozbawia życia jego drętwych kompanów. Parę sekund przed spodziewanym pójściem do Abrahama na piwo ni stąd, ni zowąd pojawia się bliżej nieokreślona pokraka, która porywa bohatera do odległej przyszłości.
Okazuje się, że rzeczony dziwotwór to wykwalifikowany podróżnik w czasie, wysłannik organizacji KronoteK, której przedstawiciele grzebią w przeszłości i – jako że nie wszystko idzie po ich myśli – muszą ją w niewielkim stopniu zmienić, by móc zachować ciągłość historii. Zrzeszeniu ma pomóc naturalnie Morris, który w związku z powyższym weźmie udział między innymi w bitwach I wojny światowej, potyczkach z Wehrmachtem czy też harmiderze towarzyszącemu wybuchowymi Wezuwiusza, by złapać niezbędnych do osiągnięcia celu rzezimieszków. Co prawda scenariusz jest dość siermiężny, dialogi na ogół są nudne i zdecydowanie za długie, niemniej całość już na starcie jest zdecydowanie bardziej zjadliwa od tysięcznego odcinka z cyklu „Moda na terroryzm”. Tym bardziej że tu i ówdzie bywa całkiem klimatycznie.



