News

Speedrunning – sztuka naprawdę szybkiego grania

Czyli od Dooma po Games Done Quick...

Jednym z najbardziej podstawowych kryteriów przy ocenianiu gry, poza grafiką, grywalnością czy udźwiękowieniem, jest jej długość. Każdy gatunek ma swoje ogólnie przyjęte standardy, ale generalnie przyjmuje się, że im więcej czasu potrzeba na ukończenie danego tytułu, tym lepiej. Niemniej, jak wiadomo, w ostatecznym rozrachunku to nie twórcy decydują o sukcesie gry, ale sami gracze – a ci potrafią niemal wszystko odwrócić do góry nogami, wyciskając z gry ostatnie soki. No bo co powiecie np. na Quake’a ukończonego w kilkanaście minut? Zapraszamy do lektury o speedrunningu – sztuce naprawdę szybkiego grania.

Słowem wstępu

Przeciętnemu graczowi speedrunning, o ile miał już okazję ten termin zasłyszeć, może się na pierwszy rzut oka kojarzyć z graniem po macoszemu, i to w radykalnie leniwy sposób. W końcu chodzi o to, by ukończyć mapę bądź całą grę najszybciej jak się tylko fizycznie da, nie zagłębiając się przy tym (zwłaszcza w klasycznym podejściu do tematu) w fabułę, dodatkowe znajdźki, niepotrzebne przyciski czy proszących się o soczysty oklep przeciwników. Liczy się tylko jedno: dojść do mety; wszystko wokół jest nieważne. Zamiast spędzić w danym levelu, dajmy na to, pół godziny, speedrunnerzy nie wałęsają się po nim dłużej niż przez minutę.

I nie można zaprzeczyć, że taki przeciętny gracz ma w tym wszystkim trochę racji... ale tylko trochę. Bo w rzeczy samej w tradycyjnym speedrunningu sęk tkwi w omijaniu tych elementów gry, z którymi interakcja nie jest absolutnie niezbędna do ukończenia poziomu. Zauważmy jednak, że żeby znaleźć możliwie najkrótszą drogę między początkiem a końcem mapy, najpierw trzeba ją poznać, i to nie jakoś powierzchownie. Musimy ją uprzednio bardzo dokładnie przeanalizować: zapamiętać układ pomieszczeń, znaleźć między nimi potencjalne skróty, poznać lokalizację niezbędnych drzwi i przycisków i, ponad wszelką wątpliwość, mieć w małym palcu mechanikę i fizykę całej gry. A przy tym wszystkim musimy przeżyć, czyli wiedzieć, skąd mogą do nas strzelać i jak tego ognia uniknąć.

1

Uświadomiwszy sobie kwintesencję speedrunningu, w tym również jego techniczne zaplecze, od razu zaczniemy udawać, że o żadnym radykalnym lenistwie nigdy nie mówiliśmy. Każdy speedrunner musiał przynajmniej raz ukończyć daną grę drogą konwencjonalną, żeby zapoznać się z jej ogólną ideą i nacieszyć gameplay’em tak, jak Bozia przykazała. Każde kolejne podejście, zwłaszcza na etapie przygotowań do nagrania swoich gamingowych akrobacji, to nic innego jak pieczołowite badanie map, eksperymentowanie z fizyką, naciąganie zasad gry czy w końcu szukanie błędów, które pozwalają np. na całkowite ominięcie określonego fragmentu. To żmudny proces testowania tytułu metodą prób i błędów, aż do momentu osiągnięcia totalnej perfekcji.

Wiemy już zatem, że speedrunnerzy to nie niedzielni gracze, którzy chcą ukończyć grę byle jak najszybciej, a raczej profesjonaliści i pasjonaci, którzy dowodzą, że granie graniu nierówne; że są różne style i że z gry można wyciągnąć więcej, niż sami twórcy przewidzieli. Wiemy też, na czym to zjawisko mniej więcej polega i jakimi z grubsza rządzi się prawami. Zanim jednak przejdziemy do bardziej szczegółowych rozważań, dodajmy jeszcze tylko, że ta dyscyplina najlepiej się przyjęła w FPS-ach i platformówkach, choć tak naprawdę prawie każda gra, o ile tylko ma jasno określone zakończenie, może się sprawdzić (czyli np. takie Simsy czy World of Warcraft niestety odpadają, bo praktycznie ukończyć się ich jako tako nie da).

2

Zgłoś błąd