Hitman: Absolution
Rozgrzeszenie najsłynniejszego zabójcy w historii gier
Adrian Kotowski 5 grudnia 2012, 09:48
Audio/wideo
Świetne wrażenie robi silnik graficzny Glacier, który jest jednym z najlepszych obecnie dostępnych na rynku. Grafika jest specyficzna, światła mocno pastelowe, lokacje bogate w detale i w ludzi, co w przypadku engine'ów konkurencji nie jest wcale takie oczywiste. Podoba mi się szczególnie to ostatnie, bo często tłum jest naszym jedynym "sprzymierzeńcem" w walce, to między ludźmi możemy się skryć czy zadać decydujący cios. Gra potrafi dość mocno obciążyć kartę graficzną, choć wyniki osiągane w benchmarku wbudowanym w nowego Hitmana niespecjalnie przekładają się na to, co widzimy podczas rozgrywki – nieco zaniżają wynik. Do tego sam benchmark prezentuje grę z perspektywy, z której nigdy jej nie zobaczymy.
Bardzo przyjemnie wyglądają renderowane filmy, których jakość jest świetna, a sama reżyseria stoi na bardzo wysokim poziomie. IO Interactive postarało się bardzo, dzięki czemu ogląda się je z przyjemnością.
Cenega Polska zdecydowała się na zlokalizowanie gry i jest to kierunek słuszny, choć wielu może takie postępowanie oburzyć. Szczególnie fani starych Hitmanów mogą mieć ogromny problem z przyzwyczajeniem się do "nowego" agenta 47, w którego rolę wcielił się Paweł Małaszyński. Sam miałem z tym problem, bo choć Hitman mówi niewiele, to jednak barwa głosu Pana Pawła nie bardzo mi pasowała do bezwzględnego zabójcy. Z czasem jednak przyzwyczaiłem się do niego, choć sądzę, że można było dobrać odpowiedniejszego aktora. Nie mogę się natomiast przyczepić do reszty aktorów dubbingujących postaci z Rozgrzeszenia – ci wywiązali się z zadania znakomicie. Szczególnie soczyste bluzgi Dextera oraz jego specyficzny śmiech przypadły mi do gustu.
Hitman: Absolution to jednak nie tylko kampania singleplayerowa, ale także specyficzny multiplayer, w którym wykonujemy kontrakty zaprojektowane przez innych graczy. Zabawa jest przy tym przednia, a satysfakcja z gry tym większa, im bardziej wymyślne zadanie stworzył nasz "zleceniodawca". To istny poligon doświadczalny, sprawdzający nasze umiejętności, pokazujący, czy naprawdę jesteśmy godni nosić miano profesjonalisty.






